Kocham Szczecin, bo to miasto mojej młodości, ale serce należy do Wilna – wyznaje Helena Radtke-Łabaziewicz. Helena jest szczera, bezpośrednia, uśmiechnięta i żywiołowa. Mogła z rodziną zostać w Wilnie, gdyby jej rodzina przyjęła radzieckie obywatelstwo. Ale nie chcieli, więc musieli wyjechać. Miesiąc jechali w bydlęcym wagonie. Po drodze zobaczyli zgliszcza Warszawy – aż serce zatłukło z bólu. Karty repatriacyjne mieli do Gdyni, ale widać wtedy zasiedlali „Dziki Zachód”. Najpierw z okien zobaczyli Turzyn, a tam wszystko kwitło, ogrody w lipcu wyglądały bajecznie, jakby wojny nigdy nie było. Wysiedli na peronie dworca na Niebuszewie: pani Helena z mamą, wujkiem, ciocią, babcią, kuzynami i bratem.Szczecinie przyszło jej wieść życie burzliwe, dalekie od nudy i bezczynności. Tańczyła, śpiewała, a poza tym… żadnej pracy się nie bała.
Przez tydzień koczowali na Niebuszewie. Całe szczęście, ciocia wpadła w oko jednemu starszemu lejtnantowi, który załatwił odpowiednie mieszkanie dla priekrasnej diewoczki i jej bliskich – willę na rogu Wieniawskiego i Syrokomli. Dom był ogołocony niemal ze wszystkiego, w środku była tylko koza (ta do grzania) i stary kredens gdański. Helena zaczęła pracować przy odgruzowywaniu miasta. Na gruzach poznała szczecińskiego pioniera, Stanisława Laguna, który właśnie organizował zespół taneczny ZBM (Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego). Przez najbliższe lata pracowała, uczyła się w liceum dla dorosłych i tańczyła na gruzach dla ludzi, którzy powoli oczyszczali miasto z ruin.
Aktywność zawodowa pani Heleny to historia sama w sobie. Najpierw na gruzach, potem w ewidencji ludności w Miejskiej Radzie Narodowej, jako sekretarka w zaopatrzeniu ZBM. Sprzedawała wojskową grochówkę, była portierką, kontystką. Na początku maja 1959 r. usiadła w kasie basenu Pogoni jako pierwsza kasjerka. Do dziś zresztą gorąco kibicuje sportowcom Pogoni, potrafi z pamięci wymienić skład drużyny, która w ’58 roku wywalczyła wejście doligi.czasie rozmowy pokazuje kartę VIP-owską Pogoni i zapewnia, że jest na każdym meczu. Przez 12 lat była społecznym ławnikiem sądowym. Karierę zakończyła jako zawodowy kierowca w Stoczni Remontowej „Parnica”.
Wróćmy do pionierskich lat. Mieszkali na Pogodnie, a to nie była bezpieczna okolica. Helena wracała do domu razem z koleżanką – marna to obstawa. Znały dobrze rosyjski, jak widziały zbliżających się żołnierzy, często pierwsze zagadnęły. Eto nasze dziewuszki, iditie – mówili. Czasem sama chodziła do jednostki wojskowej, by kupić coś do jedzenia.
Niestety, rodzina nie cieszyła się długo ładną willą. Wujek zachorował na zapalenie opon mózgowych. Po chorobie nie zachowywał się w pełni racjonalnie.ogrodzie śpiewał na cały głos: O Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Czy ktoś doniósł, czy pieśni usłyszał ubek, dość że wujka aresztowali, a rodzinę wyrzucili na bruk. Helena uzyskała mieszkanie z puli osób niezbędnych dla miasta.radości całowała podłogę.
Z zespołem zjeździła region, czasem jechali na przyczepie ciągnionej przez traktor, czasem nie mieli co zjeść. Ale była to wielka pasja, nikt nie patrzył na niewygody. Poświęcali czas, umiejętności, wszystko za darmo. Bo każdą cząsteczką siebie cieszyli się z tego, co udało im się osiągnąć. Śpiewali:
Nie tak dawno nasz Szczecin
ledwie śladem był miasta,
pełen ruin i gruzów, i zgliszczy.
Dziś, gdzie spojrzysz, nowiutki
dom przy domu wyrasta,
a budował go nad mistrzem mistrz.
Bo pionierzy Szczecina
jak podwiną rękawy, staną szeregiem po trzech,
to i nawet wyprzedzą i murarzy Warszawy…
Zdobywali czołowe miejsca na wszelkich festiwalach i konkursach. Występowali na Dniach Morza, akademiach, akcjach. Aż w czasie jednego z przedstawień złamała nogę. Kontuzja uniemożliwiła dalszą karierę.
Pani Helena ma dwóch synów, trzech wnuków i jednego prawnuka. Marzy, aby pojechać do Matki Boskiej Ostrobramskiej, bo to jej rodzinne strony. Kocha Szczecin, ale serce zostało w Wilnie…