Meksyk da się lubić

Stanisław Piasecki

Rok 1938. Lekcja geografii w wiejskiej szkole w Małachowie (niedaleko Poznania). Nauczyciel, oficer, uczy dzieci, że Polska powinna sięgać od morza do morza, a Szczecin był polski i będzie polski. Lekcja, jak inne, ale słowa nauczyciela zapadły na dobre w pamięć Stanisława Piaseckiego.kiedy po wojnie nadarzyła się okazja, pojechał na zachód. Od 5 lipca 1945 roku jest szczecinianinem. Przyjechał razem z grupą milicjantów, stu trzydziestu chłopa, którzy maszerując ulicą Mieszka I, śpiewali na cały głos polskie pieśni. Gdy doszli do Jagiellońskiej, płakali ze wzruszenia, jak mali chłopcy. A na ich widok otwierały się okna, powiewały biało‑czerwone flagi, a nieliczni jeszcze osadnicy wołali: Bracia Polacy, witajcie!

Pociąg dowiózł ich do Gumieniec. Niepewnie ruszyli naprzód. Na skrzyżowaniu Mieszkaz Wierzbową natknęli się na Rosjan. – A wy kuda? Nielzja, Szczecin nie polski – mówili.

W końcu ich puścili. Pomaszerowali z pieśnią na ustach. Szli tak wydzierając się, ile sił w płucach, aleją Piastów, aż Niemcy uciekali. Na Jagiellońskiej gardła ścisnęło im wzruszenie, jakby dopiero teraz dotarła do nich świadomość, że oto tworzą historię miasta – polską historię. Dotarli do Wałów Chrobrego, gdzie powitał ich prezydent.

– Nie spodziewałem się, że tak szybko przyjedziecie, muszę was rozczarować, nie mam ani lokum, ani pożywienia – powiedział.

Pierwszą noc w swoim Szczecinie Stanisław spędził na biurku w Akademii Morskiej. Potem skierowano ich na Pogodno, po tygodniu do Kołbaskowa, gdzie mieli tworzyć posterunek graniczny. Przegonili ich Rosjanie: Zdies’ nie Polsza, zdies’ Germania – usłyszeli.

Jedyny pożytek z tej wędrówki był taki, że wydoili krowy pasące się na pobliskiej łące i napili się mleka. Wrócili na Wały Chrobrego, spędzili tam noc. Rano Stanisław nie mógł włożyć butów, tak mu nogi spuchły od wędrówki. Wysłano ich do Przecławia, ale tam znów Rosjanie pokazali im, gdzie jest Polska, i tak utknęli na kilka tygodni na Gumieńcach.

– To był prawdziwy „meksyk”. Jak człowiek szedł na patrol, nie wiedział, czy wróci – wspomina Stanisław. – Była we mnie młodzieńcza werwa, człowiek się nie bał, choć raz kula otarła mi się o ucho, raz o cholewę buta. Podpici towarzysze mieli zwyczaj nieźle rozrabiać. Ilu tu ludzi niepotrzebnie zginęło! Rosjan i naszych. Jadąc tu nie spodziewałem się, że coś takiego zastanę. Zawsze miałem ciągoty militarne. Wujek walczył w Powstaniu Poznańskim, drugi wujek oficer zginął w Katyniu. Ja w czterdziestym piątym chciałem do wojska, ale mama się bała, że mnie zabiją. A tu, w Szczecinie, w pierwszych latach chyba przeżyłem więcej niebezpieczeństw niż w wojsku.

I tak płynęły tygodnie. Samotność doskwierała. Stanisław pamiętał dziewczynę z rodzinnych stron, znał się z nią od dziecka, razem ze Stenią chodził do szkoły. Stara miłość nie zardzewiała, ślubowali sobie w listopadzie 1948 roku.

Przyjechali razem do Szczecina.

– Staszek, tu nikt nie mieszka – powiedziała z trwogą Stanisława, rozglądając się wkoło.

Domów nie było, gruzy i mróz. Zamieszkali na Niebuszewie. Gdy pani Stanisława wychodziła na ulicę, żeby coś kupić, słyszała tylko język żydowski, ani słowa po polsku.

– Staszek, gdzieś ty mnie wywiózł, na miłość Boską!

– Nie martw się, to taka dzielnica. Nic się nie stanie – uspokajał żonę Staszek.

Z Żydami mieli bardzo dobre relacje, mieli też wielu przyjaciół wśród ich społeczności.

– Wtedy były inne czasy, ludzie inaczej się traktowali. Mimo tego „meksyku” nie było różnicy – czy milicjant, czy kolejarz, wszyscy się szanowali.

We wrześniu ’49 r. Stanisławie i Stanisławowi urodził się pierwszy syn. Potem drugi syn, potem jeszcze córka. Doczekali się siedmiorga wnucząt i pięciorga prawnucząt.

Pan Stanisław przepracował w milicji do emerytury, a potem zajął się inną swoją wielką pasją – uprawą działki. Prawie 30 lat był prezesem Związku Działkowców.

Dziś uprawia ogród przy domu i cieszy się swoją rodziną. Bo nieważne, ile człowiek w życiu przeszedł przygód, najważniejsze