Dobrze nam się żyło

Helena Sybis

Najpierw tylko z ojcem przyjechała do Stargardu. Szczecin był wówczas zamknięty dla cywilów. Ojciec pojechał na parę dni do Szczecina, kiedy wrócił, powiedział: Znalazłem nam piękne mieszkanie. Był sierpień. Zamieszkali przy ul. Śląskiej, później – już po ślubie – przeprowadziła się z mężem do przydziałowego mieszkania przy al. Jedności Narodowej. Jednak mieszkanie było w oficynie, co ojcu się nie podobało. Dlatego znalazł młodym dom przy ul. Marii Konopnickiej na Pogodnie. Tam wychowała czworo dzieci.

Mama Heleny w przeprowadzce nie uczestniczyła. Została w Bydgoszczy, gdzie mieszkali z kuzynami. Rodzina zamieszkała razem dopiero we wrześniu, kiedy sytuacja się ustabilizowała.

W pierwszych dniach panował głód. Ludzie zapisywali się do partii, by dostać strawę.

– Ojciec wcześniej wstąpił do PPS-u – wspomina Helena. – Należącym do partii dawali kartę na jedzenie. Kiedy poszliśmy do restauracji na pierwszą grochówkę, stwierdziłam, że stołówkę, to ja mogę sama prowadzić. Porozmawiałam z Niemkami, które sprzątały hotel dla repatriantów, i otwarłyśmy jadłodajnię na rogu ul. Niedziałkowskiego i Jedności Narodowej. Jedzenie kupowaliśmy od ludzi z Lubelszczyzny, którym udostępniłam pokój na magazyn. Za to dali mi jedzenie, którego wówczas nie było rynku. Raz jakiś Niemiec przyniósł koninę. Zrobiłam.końcu z konia mięso czystsze niż ze świni. Zresztą kto o tym wiedział? Jedli aż się uszy trzęsły. Jak ktoś sznycel dostał na talerzu, to się nie zastanawiał.tamtych czasach sznycle czy zrazy to był rarytas. Ludzie specjalnie się do tego PPS-u zapisywali, żeby pojeść.

Jak się okazało, niektórzy klienci stołówki przychodzili nie tylko po to „by pojeść”…

– Absztyfikantów nie brakowało – wspomina. – Do stołówki przychodziło trzech takich z Częstochowy. Ale się gapili. Za jednego z nich wyszłam za mąż. Nazywał się Bogusław Sybis. Młody był. Młodszy ode mnie. Może za młody…

Chodzili na długie spacery po Wojska Polskiego. Bywało, że docierali aż do Głębokiego. Helena potrafiła przepłynąć na drugą stronę jeziora.

Interes z jadłodajnią się rozkręcił, ale na krótko.mieście powstawały inne stołówki. Helena otworzyła więc kiosk na rogu ul. Wielkopolskiej i Niedziałkowskiego. Ojciec Heleny był malarzem. Prowadził dużą firmę, która zajmowała się w głównej mierze malowaniem mostów i hal fabrycznych. Na bazie tej firmy powstała Spółdzielnia Pracy „Ornament”. Pracy nie brakowało.

– Ogólnie dobrze się żyło – mówi. – Aż trudno uwierzyć. Dookoła przecież był gruz i ludzie ginęli. Najbardziej się Rosjan baliśmy. Na szczęście jakoś kłopotów udało się nam uniknąć. Jak stołówkę prowadziłam czy kiosk – zawsze było co jeść. Zarabiałam, jeszcze innym dawałam.

Pewnego razu ludzie, którzy mieszkali u pani Heleny przyprowadzili psa. Pies, wilczur, wyróżniał się spośród innych. Wabił się Candro. Był ułożony. Widać, że nie żaden tam bezpański. Przygarnęła go.

– Był to pierwszy udomowiony pies w mieście – zapewnia Helena. – Ludzie mówili, że Niemcy zjadali psy. Nie wiem czy to prawda, ale faktem jest, że w Szczecinie psów nie było. Pewnego razu zobaczył go jakiś Rosjanin, który jechał samochodem. Zatrzymał się z piskiem opon. Uparł się, że to jego pies. Twierdził, że przywiózł go z Syberii. Chciał go zabrać. Wziął mój adres, ale następnego dnia nie przyszedł. Rosjanie odjechali do Berlina.

Pani Helena urodziła czworo dzieci. Jako matka nie była już tak aktywna zawodowo. Zajmowała się domem. Ma sześcioro wnuków. Córka wyszła za wojskowego, mieszka w Świnoujściu. Jeden syn w Hamburgu, dwóch pozostałych w Szczecinie.mężem się rozstali jakiś czas temu.

– Młody był – kwituje. – Za młody… Choć małżeństwo mieliśmy udane.