Wyrok po śmierci

Żona Alojzego M. pamięta, jak jeszcze przed ich ślubem pewnego dnia podszedł do niej na ulicy pewien człowiek. Poprosił: niech pani pozdrowi Alka - uśmiecha się ironicznie. A on pana zna? zapytała. - Będzie wiedział o kogo chodzi, rzucił.  Jej przyszły mąż, któremu wskazała kiedyś tego nieznajomego, rozpoznał w nim swojego oprawcę z przesłuchań w Urzędzie Bezpieczeństwa na Małopolskiej, w Szczecinie.

Wyrok po śmierci

Po latach Alojzy M. złożył zeznania w szczecińskim oddziale Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu. Czekał na sprawiedliwość. Nie doczekał się, zmarł niedawno. Prokuratorzy komisji badający sprawę, odnaleźli adres oprawcy - mieszkał w Pyrzycach. Dotarli także do jego innych ofiar, które złożyły obciążające zeznania.czerwcu wezwali ubeka na przesłuchanie.
Okazało się, że dwa tygodnie wcześniej zmarł.

Upływ czasu, problemy z dotarciem do dokumentów z przeszłości powodują, że takich przypadków będzie coraz więcej, że ludzie, którzy złamali innym życie gorliwie pracując dla poprzedniego systemu, nie staną przed sądem. Odpowiedzą już tylko przed Historią. Wspomnienia Alojzego M. zachowały się tylko dzięki temu, że kilka lat temu opowiedział je „Głosowi”. Dziś tekst są jednym z dowodów w śledztwie IPN. Niezależnie od tego, czy żyją ofiary i ich kaci, śledztwo będzie prowadzone aż do zakończenia sprawy, a przed sądem zapadnie wyrok - ku przestrodze innych.

Nowy wspaniały świat

Alojzy M. urodził się siedem lat przed wojną, w Szamotułach. Kiedy się skończyła, poszedł do gimnazjum energetycznego, do Szczecina. Jego edukacji dopełniał brat, żołnierz generała Maczka. Chłopak zaczął widzieć różnice między nowym wspaniałym światem, jaki mieli zapewnić zdobywcy ze Wschodu, a tym, co widział i słyszał na ulicach. Ci, którzy obiecywali nową religię powinni być bogaci, eleganccy i czyści. Byli brudni i głodni.

W lepszą przyszłość zwątpił do końca, gdy jego brata aresztowano.

Alojzy i jeszcze kilku chłopaków z różnych szkół stworzyli grupę dyskusyjną pod nazwą Związek Młodych Patriotów (ZMP). Zdobyli drukarkę, zaczęli drukować ulotki i rozrzucać w różnych punktach miasta. Pisali o tym, że Rosjanin nie jest wcale przyjacielem Polaka, a Rosja to imperializm, fałsz i terror.

Wpadli po dwóch latach, w 1952, gdy ich działalność powoli zamierała. Urząd Bezpieczeństwa wpadł na ich trop przy okazji aresztowania podobnej grupy z Miastka, z którą szczecinianie utrzymywali kontakty.

Uderzył mnie w brzuch i skopał

- Na początek przyszedł szef UB. Za co siedzicie, zapytał i  zanim zdążyłem odpowiedzieć uderzył mnie w brzuch i skopał - Alojzy M. opowiadał swoją historię beznamiętnie. - A potem zjawił się mały garbus, na którego wszyscy mówili "dzwonnik z Notre Dame". Był naczelnikiem wydziału śledczego. Pytałem go, za co właściwie siedzę, bo mi nie przedstawiono zarzutu. Nie odpowiadał. Obok niego w czasie przesłuchań zawsze stał człowiek w stopniu kapitana, który nigdy się nie odzywał. Po latach okazało się, że to był rosyjski doradca z NKWD.

Już po śmierci Bieruta i amnestii Alojzy odnalazł "dzwonnika z Notre Dame", był kierownikiem w jednym ze sklepów na Krzywoustego. Kilka razy spróbował z nim porozmawiać, ale obsługa zawsze mówiła, że kierownik wyszedł. Kiedyś jednak, kiedy nie było nikogo z personelu, a Alojzy zaczął oglądać kombinerki, ten podszedł do niego. Nie rozpoznał więźnia. Nie gorzej będą ściskać palce, niż drzwi, w które kiedyś mi  je wkładałeś - rzucił w jego kierunku Alojzy. Tamten znieruchomiał na chwilę, a potem uciekł na zaplecze. Jakiś czas potem umarł.
Zmarł też szef szczecińskiego UB z tamtego okresu. Wiadomo tylko, że długo żył i mieszkał na Niebuszewie. Prokuratorzy szczecińskiej Komisji Ścigania Zbrodni wszczęli już kilka śledztw przeciw szczecińskim ubekom stosującym niedozwolone metody śledcze.

Ubecka zabawa

Przesłuchania, które przechodził Alojzy M., były typowe dla tamtego okresu. Odpytywanie więźniów nocą, przesłuchania powtarzane co kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Biurko w kącie pokoju, reflektor w oczy tak, by więzień nie widział twarzy przesłuchującego. Stały zestaw pytań: życiorys, kontakty, koledzy, narzeczona. Pamięć miały odświeżać przysiady aż do upadku, "żabki", i ulubiona rozrywka UB-eków - wkładanie palców więźniów między drzwi i framugę i ściskanie ich tak, jak tylko można było najmocniej.
Akt oskarżenia, tak jak i w innych przypadkach, Alojzemu M. przedstawiono po kilku miesiącach. Napisano tam, że należał do bandy, że działał przeciw ustrojowi państwa itp.akcie były nazwiska prowadzących śledztwo. Alojzy M. zapamiętał je na całe życie.
Mówił, że podczas procesu grupka pilnujących więźniów milicjantów zachowywała się poprawnie. Jak nikogo więcej nie było w sali, pozwalali nawet podchodzić do oskarżonych  rodzinom. Funkcjonariusze robili się gorliwi, gdy tylko pojawiali się sędziowie, prokuratorzy. Najbardziej szturchali i krzyczeli, gdy przychodził ten, którego Alojzy rozpoznał po latach. Śledczy. Potrafił na sali kopać więźnia po nogach tak, że ten nie mógł ustać.

Półtora roku samotności

Wyrok, jaki dostał Alojzy to było 7 lat więzienia. Śledczy postanowił nie odsyłać go jeszcze jakiś czas, z innymi więźniami, na Kaszubską. Przez sześć tygodni powtarzał codziennie przesłuchania: nocki, "żabki" i drzwi. Śledczy lubił siedzieć w całkowitym mroku i obrzucać więźnia wyzwiskami. Lubił, jak więzień robił przysiady, albo stawał tuż przy ścianie twarzą do niej. Wtedy mógł znienacka uderzyć go w głowę od tyłu i patrzeć, czy więzień ma refleks.

Zabawa skończyła się po śmierci Stalina. Alojzego M. odesłano do więzienia. Siedział w Rawiczu, potem Pichciniu, Mielęcinie, Koronowie.
Alojzy M., uznany za niesubordynowanego więźnia, odmawiającego różnych prac, przesiedział cztery lata, w tym łącznie półtora roku w absolutnym odosobnieniu.więzieniu przeszedł zawał serca, z którego wyszedł cudem.biegiem czasu odezwały się różne choroby: szwankowało serce, źle pracowała wątroba, pojawiło się zapalenie jelit, kręgosłupa, zrosty otrzewnej, miażdżyca. Lekarze  orzekli, że w 80 procentach to wina więzienia.

Ty żyjesz, zbrodniarzu

Po wyjściu na wolność Alojzy M. wyjechał do Lipian i założył warsztat przewijania silników. Ożenił się z Mirką, która dzielnie czekała na niego jeżdżąc po całej Polsce na kilkugodzinne widzenia.  Kiedyś spotkał „swojego” śledczego. Ten wyciągnął do niego rękę. Ludzie mówili, że był zesłańcem na Syberii.

Alojzy M. dowiedział się, że były śledczy został zwolniony po "odwilży" z UB i pracował w radzie powiatowej. Podobno w stanie wojennym chodził po kolejkach słuchał, co ludzie mówią, podobno dzwonił potem na milicję i dziwił się, że nie reagują stuknięciem obcasów na jego nazwisko. Podobno bał się chodzić chodnikami i chodził środkiem ulicy, podobno zaczął bywać codziennie w kościele.
Alojzy M. zatelefonował kiedyś do niego. Gdy usłyszał głos tak dobrze znany z przesłuchań, potrafił powiedzieć tylko "żyjesz, zbrodniarzu?". Kolega Alojzego M., też przesłuchiwany przez śledczego napisał do niego list i zapytał, dlaczego mścił się na więźniach, za co. Nie dostał odpowiedzi.

Inny świadek

Kilka lat temu Alojzy M. złożył wszystkie dokumenty w Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu. Sztandarowa sprawa kata wielu więźniów z czasu stalinowskiego - Humera - natchnęła go i wielu innych nadzieją na sprawiedliwość po latach. Alojzy M. mówił, że chce tylko tego, aby oprawcy nie byli traktowania jak bohaterowie wojenni, którym państwo płaci wysokie emerytury.

Na dwa lata działalność komisji została zawieszona. Wznowiono ją gdy zaczął działać Instytut Pamięci Narodowej. Prokuratorzy prowadzący sprawę dotarli do dwóch kolejnych ofiar gorliwego śledczego. Obaj mężczyźni dobrze pamiętają wielogodzinne przesłuchania, z których nie zawsze były sporządzane protokoły - „żabki”, reflektor w oczy, obelgi. Jednemu z przesłuchiwanych śledczy groził pozbawieniem życia przez utopienie w sedesie. Drugiemu kładł przed oczami  odbezpieczony pistolet.