Nie którzy mieli przerwę w życiorysie trwającą kilka lat. Inni stracili szansę na zrobienie kariery, bo akurat wtedy zamknęła się przed nimi droga na szczyty. Wrócili do zawodu, awansowali, albo już nigdy nie przekroczyli drzwi, które ktoś im kiedyś zatrzasnął przed nosem
Śledztwo w sprawie ideologicznej weryfikacji i wyrzucenia z pracy dziennikarzy na początku stanu wojennego prowadzi szczeciński oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Podczas śledztwa okaże się, kto przyczynił się do tego, że niepokorni wobec komunistycznej władzy dziennikarze, stracili pracę w zawodzie, często na kilka lat.
Kiedy w sierpniu 1980 r. stanęła Stocznia Gdańska im. Lenina, potem stocznia szczecińska i setki innych zakładów pracy w całej Polsce, mass-media, uchodzące za filary systemu, milczały.czasem zaczęły ostrożnie informować o „przerwach w pracy”.końcu padło nazwisko Wałęsy.
W Szczecinie środowisko dziennikarskie przeważnie z daleka przyglądało się temu, co się dzieje. Wyjątkiem był Tomasz Zieliński, jedyny dziennikarz, który od raz opowiedział się po stronie „Solidarności”. Zwolnił się z „Kuriera Szczecińskiego” i zaczął pisać w „Jedności”, biuletynie strajkowym, który wkrótce przekształcił się w gazetę wydawaną przez Zarząd Regionu „S”.
- Wkurzyło mnie to, że wielu dziennikarzy siedziało w Wersaliku, piło wódkę i wyczekiwało, co się stanie, cicho, jak myszy pod miotłą - wspomina Maria Grochowska, dziennikarka „Kuriera Szczecińskiego”.
- Środowisko dziennikarskie miało ograniczone możliwości, w Wersaliku siedziała SB i MO, nie musiała być prowadzona nawet szczególna infiltracja - twierdzi Danuta Jeżowska-Kaczanowska, związana kiedyś z „Głosem Szczecińskim”. - Kiedy dostaliśmy z mężem akta z IPN - oboje mamy status pokrzywdzonych - okazało się, że SB założyła nam teczki dopiero w styczniu 1983 r.
Bierność dziennikarzy spowodowana też była decyzją Komitetu Strajkowego w stoczni, który nie życzył sobie obecności mediów podczas strajków. Jednak do stoczni wszedł m. in. Jacek Kamiński, dziennikarz telewizyjny. Na początku strajkujący nie wpuścili kamer, więc Kamiński, razem z dziennikarką Ewą Roman, podczas wieczornych kronik mówili tylko o tym, co się dzieje. Podpisanie porozumień było już filmowane.
Sierpień 80 przyniósł dziennikarzom nadzieję, że od tej pory zawód będzie można uprawiać naprawdę, że będzie można pisać o wszystkim, nawet o tym, co do tej pory ukazywało się tylko w biuletynach specjalnych dla członków PZPR.mediach pojawiły się relacje ze spotkań w podstawowych organizacjach partyjnych, na które zapraszano ludzi z „Solidarności”. Widać było, jak zaczyna dominować inne myślenie i inny język.
- Ja pisałam o „poziomkach”, czyli o ruchu reformatorskim w partii - mówi Maria Grochowska. – „Kurier” drukował takie informacje, „Głos” nie.
- Uwierzyłem, że nastąpił przełom, gdy nagle, kilka dni po zakończeniu strajków, ze strony redaktora naczelnego dostałem ofertę, aby pisać o szczecińskich kościołach - wspomina Kazimierz Jordan, ówczesny początkujący dziennikarz „Kuriera”. – To wtedy było traktowane jak wydarzenie, szczególny akt odwagi. Poczułem swobodę. Udało mi się też zamieścić cykl o tym, w którą stronę ma rosnąć Szczecin. Do tej pory obowiązywała doktryna, że w stronę prawobrzeża, a ja a w końcu mogłem zaprezentować opinie tych urbanistów, który twierdzili, że w stronę Krzekowa. Wcześniej tę koncepcję przemilczano, bo była przedwojenna, niemiecka.
Jordan została członkiem komisji zakładowej NSZZ „Solidarność”, która skupiała pracowników „Kuriera Szczecińskiego”, „Głosu Szczecińskiego”, i „Wiadomości Zachodnich”. Komisję wybierano dwa razy. Pierwsza nie miała powodzenia, gdyż na jej czele stał dziennikarz podejrzewany przez kolegów o niejasne powiązania.
Wiceprzewodniczącym „Solidarności”, tej drugiej, w wydawnictwie RSW Prasa był Tadeusz Rek, wiceszef działu sportowego „Kuriera”.
- Chcieliśmy sprawiedliwości w rozdziale dóbr socjalnych, bo do tej pory niektóre z nich: nagrody, wczasy mieszkania, wyjazdy do ośrodków w Glinnej, czy Międzywodziu, były przypisane do stanowisk – wylicza Rek.
- Po Sierpniu 80 zaczęliśmy dyskusję, jak powinien wyglądać zawód dziennikarza - mówi Kamiński. - Po raz pierwszy pojawiły się pytania, czy powinniśmy brać wytyczne z KW PZPR, które przychodziły do redaktorów naczelnych. Ale także niektórzy szeregowi dziennikarze sami chętnie po takie wytyczne chodzili.
Przełomem, że idzie nowe, były wybory szefa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które określono, jako „porażkę zamordyzmu”. Przepadł kandydat partyjny, szefem został Mieczysław Kaczanowski z „Wiadomości Zachodnich”, jego zastępcą Kamiński, a sekretarzem Grochowska. Szczeciński oddział SDP był jednym z najprężniejszych w kraju, tu powstały projekty statutu etycznego, który miał obowiązywać dziennikarzy. Organizację firmowali jej liderzy, Stefan Bratkowki, Fikus, Jacek Moskwa. Do Szczecina, na zaproszenie SDP, przyjeżdżały ikony opozycji, m. in. Jacek Kuroń. Rok później część dziennikarzy, w tym Kamiński, założyli stowarzyszenie Przymierze Społeczne „Odrodzenie”, które deklarowało chęć wspierania samorządów lokalnych, sondowania opinii publicznej na temat państwa i życia gospodarczego. Stowarzyszenie nie ukrywało ambicji politycznych, deklarowało chęć odciążenia „Solidarności” z prowadzenia działalności politycznej.
Kamiński dobrze pamięta, że po ogłoszeniu programu „Odrodzenia” pewien szczeciński dziennikarz przyszedł do niego i powiedział: stary, Kuroń, to już było dużo, ale to stowarzyszenie, to już gwoźdź do trumny. Oni ci tego nie darują. Kto to byli „oni” i dlaczego kolega występował w ich imieniu, Kamiński mógł się tylko domyśleć.
Kilka tygodni przed stanem wojennym Kazimierz Jordan wraz z fotoreporterem „Wiadomości Zachodnich” wywiesili flagę na gmachu prasy. Był to znak, że dziennikarze przyłączają się do dwugodzinnego strajku „Solidarności”, który miał objąć cały kraj. Jordan podpadł jeszcze tym, że kiedyś, na tablicy przy portierni, wywiesił rysunek pajacyka z opaską PZPR i podpisem: „takich dyrektorów nie chcemy”. Do głowy mu mnie przyszło, że w ten sposób wyda na siebie wyrok.
13 grudnia 1981 r., grubo po północy, Kamińscy wracali z imprezy u znajomych. Dziwili się, że w mieście panuje nienormalny spokój, że nie ma taksówek i tramwajów. Przeszli kawał miasta na piechotę. O 5 rano pukanie do drzwi i - pan pójdzie z nami.
W komendzie na Małopolskiej Kamiński słyszał krzyki i śpiew. Pokazali mu „sukę”, do której wprowadzano zatrzymanych. Postraszyli go. Wylali go z telewizji, a wraz z nim jeszcze kilka osób z jego redakcji, m.in. Ewę Roman i Monikę Szwaję. Próbował interweniować w ich sprawie, ale na darmo.
Tadeusza Reka SB zgarnęła 18 grudnia. Straszyli go, próbowali zrobić z niego kapusia. Nie uległ. Bardziej przejął się, gdy dostał wypowiedzenie z pracy, na podstawie opinii naczelnego. Zasłabł, dwa tygodnie spędził w szpitalu.
Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego legitymacje partyjne złożyły Danuta Jeżowska-Kaczanowska i Hanna Więckowska-Machay. Maria Grochowska, która też miała pierwotnie taki zamiar wstrzymała się bo, jak mówi, nie chciała uciekać z PZPR, jak szczur z tonącego okrętu. Być może dzięki temu przetrwała w redakcji, a może bardziej dzięki osłonie ze strony redaktora naczelnego Ireneusza Jelonka.pierwszych dniach stanu wojennego kazał jej na kilka dni zniknąć. Przez kilka tygodni leczyła w domu depresję.
Kaczanowscy, Jordan, Rek i Hanna Więckowska-Machay dostali wypowiedzenie umów o pracę ostatniego dnia 1981 r. Odwoływali się do Terenowej Komisji Odwoławczej działającej przy Sądzie Pracy.kolejce po sprawiedliwość ustawiło się też około 500 stoczniowców, wywalonych na bruk po pacyfikacji stoczni.reguły dziennikarze dostawali decyzje, że nie nadają się do zawodu z przyczyn politycznych. Niektórych sprawy ciągnęły się przed Sądem Wojewódzkim, gdzie kilkukrotnie zmieniano skład sędziowski.
Jedynym, który wygrał i został przywrócony do pracy, był Rek. Ale do zawodu już nigdy nie wrócił.
- Wiem, jak można zatruć życie dziennikarzowi nie puszczając tekstów - mówi. - Po wyrzuceniu z „Kuriera” współpracę zerwały ze mną wszystkie gazety warszawskie, w tym „Przegląd Sportowy”. Nawet Klub Olimpijczyka, którego byłem współzałożycielem, nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.
Inaczej, niż większość dziennikarzy, Rek nie trafił przed komisje weryfikacyjne, w skład których wchodzili przedstawiciele redakcji, KC i KW i cenzor. Ci, którzy przed nimi stanęli pamiętają żenujące rozmowy, podczas których musieli tłumaczyć się z dokonań zawodowych.komisji zasiadał m. in. Jacek Błędowski, który w KW był zastępcą kierownika wydziału pracy ideowo-wychowawczej.
- Co z tego, że powiem dziś, że próbowałem łagodzić ton wobec dziennikarzy stających przed komisją, czy ich bronić. Będą mówić, że próbuję wybielić swój życiorys. Ja za tamtą historię już wiele zapłaciłem, nie chcę wracać do tego pamięcią - ucieka od wspomnień.
Błędowski od 1984 r. był kierownikiem działu reportażu i kultury w „Głosie Szczecińskim”. Po przełomie został zwolniony przez nowego naczelnego gazety, Mieczysława Kaczanowskiego. Był jedynym negatywnie zweryfikowanym dziennikarzem.
Zanim Kaczanowski, po latach, został naczelnym gazety regionalnej, żeby przeżyć, wraz z żoną w Wołczkowie, hodowali pomidory. To był dobry interes, kilogram pomidorów równał się kilogramowi kiełbasy zwyczajnej. Potem postawili na czosnek, który też pięknie obrodził. Uprawiali pszenicę, rzepak, wczesną marchewkę, plewioną solidarnie przez znajomych. Ale towarzyszyła im frustracja, że mija jakiś ważny czas dla Polski, a oni w tym nie uczestniczą. Obserwowali, jak szczecińscy dziennikarze wysłali do generała Jaruzelskiego list wiernopoddańczy - podpisała go zdecydowana większość z nich.
Odtrutką na smutki była praca w wydawnictwach podziemnych. Kacznowscy wydawali „Bis”, pismo środowisk akademickich - koordynatorem był Marek Tałasiewicz. Pisali do „Głosu z Polic”, który wydawał Jacek Gałkowski. Związali się z Piotrem Baumgartem, z „Solidarności” Rolników Indywidualnych, późniejszym senatorem.
Przy Okrągłym Stole Kacznowski siedział przy podstoliku mediów. Potem wyjechali do Warszawy wydawać „Tygodnik S RI”, ale gazeta nie wytrzymała praw rynkowych. Kaczanowski został szefem redakcji rolnejprogramu TVP. Zdecydowali jednak, że wracają do Szczecina. Po krótkim epizodzie w mediach (Kaczanowska był jeszcze rzeczniczką wojewody Marka Tałasiewicza), założyli wydawnictwo.
Jeszcze przy marchewce pomagała m. in. Hanna Więckowska-Machay. Po kilku latach podjęła pracę w gdańskim tygodniku „Czas”. Po przełomie została naczelną „Kuriera Szczecińskiego”.
Kazimierza Jordana przygarnęły na początku Zakłady Mięsne, a właściwie ich dyrektor, Zdzisław Szumski, który zrobił z bezrobotnego dziennikarza specjalistę od szkolenia zawodowego i adaptacji, co w praktyce oznaczało, że to właśnie on przyjmował do pracy młodych ludzi. Jordan pisywał do podziemnych pism „Kosa” i „Obrazu”, a w połowie lat 80. zatrudnił się w „Morzu i Ziemi”. Po przełomie został zastępca Hanny Więckowskiej-Machay.
Na podstawie życiorysu Jacka Kamińskiego mógłby powstać niezły scenariusz filmowy. Dziennikarz w Kliniskach, na użyczonej ziemi, którą sam wykarczował, zasadził pomidory i chryzantemy. Doglądał ich, mieszkał w spalonym barakowozie. Kwiaty, w betonowych doniczkach własnej produkcji, sprzedawał pod cmentarzami w Goleniowie i Szczecinie. Interes nie wyszedł, przesiadł się na taksówkę. Wytrzymał półtora roku, potem rozwoził po Polsce naklejki samoprzylepne, które produkowała firma polonijna jego kuzyna. Kamiński zdecydował się na wyjazd do USA, bo ktoś obiecał mu pracę w polonijnej radiostacji. Zanim dojechał, zbankrutowała, a dziennikarz zatrudnił się w ogrodnictwie na Florydzie. Oszukano go, nie płacono, odszedł. Przez wiele miesięcy sprzątał hipermarkety od 20 do 7 rano, zarabiając na powrót do kraju. Gdy wrócił, został aresztowany na Okęciu, pod zarzutem przemytu broni w kasecie VHS. Przesiedział 3 miesiące na Rakowieckiej w Warszawie. Dostał wyrok w zawieszeniu. Gdy wrócił w końcu do Szczecina, aby przeżyć, kupił maszyny do robienia swetrów. Po przełomie wrócił do telewizji.1991 r. został szefem ośrodka szczecińskiego.
Śledztwo IPN wykaże, kto tak naprawdę przyczynił się do wyrzucenia dziennikarzy na bruk. Być może pojawią się nowe wątki – część dziennikarzy była internowana jak Alina Głowacka z Polskiego Radia, część zmuszono do emigracji, jak Ewę Roman, czy Zbigniewa Kuczkowskiego z „Kuriera”, szefa dziennikarskiej „Solidarności”. Może w końcu pojawią się nazwiska ludzi, którzy donosili na kolegów, współpracowali z bezpieką, na łamach mediów znieważali innych tylko dlatego, że ci stanęli nie po tej stronie, co władza ludowa. Przecież nazwiska donosicieli są tajemnicą poliszynela, tak samo, jak nazwiska funkcjonariuszy SB, którzy inwigilowali dziennikarzy.
Agnieszka Kuchcińska-Kurcz