Grudzień '70

W grudniu 1970 r., podczas starć z wojskiem i milicją, w Szczecinie zginęło szesnaście osób.  Rannych zostało 110 osób, w tym 68 od kul. Wśród poszkodowanych byli uczniowie, najmłodszy miał 11 lat. Rodziny zabitych w 1970r. dostały łącznie 440 tys. zł odszkodowań.

Dla rannych przeznaczono łącznie 2 mln zł. Aż 30 mln zł władze wydały na remont i wyposażenie spalonego w czasie zajść budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie

Grudzień ‘70

Gdy 14 i 15 grudnia 1970 r., na ulicach Trójmiasta od kul wojska i milicji zginęli stoczniowcy i przypadkowi przechodnie, polskie gazety milczały. Dopiero 16 grudnia Polska Agencja Prasowa doniosła: "Wykorzystując sytuację, jaka wytworzyła się wśród załogi Stoczni Gdańskiej, elementy awanturnicze, chuligańskie, nie mające nic wspólnego z klasą robotniczą, zdemolowały i podpaliły kilka budynków publicznych i obrabowały kilkadziesiąt sklepów”. Główna tuba propagandowa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, "Trybuna Ludu", pisała: "Awanturnicy ukrywający się za plecami pracowników stoczni zaatakowali obrońców porządku publicznego (...).obliczu narastającego awanturnictwa jedynym możliwym wyjściem stało się użycie siły w obronie porządku publicznego".tym samym artykule "Trybuna" podawała wysokość zarobków stoczniowców: średnie - 3041 zł, do 6 tys. zł. Zestawiono je z pensjami w przemyśle - 2384 zł. Miało to pokazać, że ci którzy buntują się i narzekają, właściwie nie mają do tego powodów. Reszta społeczeństwa ma przecież gorzej.
Rozkaz - strzelać
Tylko niektóre gazety, wybrane przez władze, dostały do druku uchwałę Rady Ministrów z 17 grudnia 1970 r.: "Zobowiązuje się MO i współdziałające z nią organa, do podjęcia wszystkich prawnie dostępnych środków przymusu, włącznie do użycia broni, przeciwko osobom dopuszczającym się gwałtownych zamachów na życie i zdrowie obywateli, grabieży i niszczenia mienia oraz urządzeń publicznych".
Wydrukowały ją już po tym, jak na Wybrzeżu zginęło kilkadziesiąt osób.
W tym samym czasie dziennikarz jednej ze szczecińskich gazet był akurat w stoczni im. A. Warskiego: "Dzień był mokry. Padał drobny deszcz. Stoczniową panoramę przyćmiła lekka grudniowa mgiełka" – zanotował swoje wrażenia.
W Szczecinie zaczynało wrzeć.nieoficjalnych informacji ludzie dowiadywali się, co dzieje się w Gdańsku. Nie mieli jednak pojęcia, do jakiej doszło tragedii.
-naszej stoczni były budowane statki dla Meksyku. Któryś z nich był akurat w rejsie próbnym. Pod Gdańskiem była tzw. mila pomiarowa - opowiada Eugeniusz Szerkus, członek komitetu strajkowego w stoczni im. Warskiego w Szczecinie w grudniu 1970 r. - Widzieli, że coś się pali, dymi, przez radiostację słyszeli jakieś rozkazy, milicję. Te wieści przywieźli do nas. Zresztą, że strajk będzie w Szczecinie, nie było tajemnicą dla nikogo. 17 grudniasekretarz KW był z samego rana w stoczni. Ludzi mocno wzburzyła podwyżka cen wprowadzona przez władze.
Gazety informowały w tym czasie o wizycie chińskiego ambasadora na Kremlu, o przekraczającym normy śnieżne huraganie na Kamczatce, o premierze "Pana Wołodyjowskiego" w Mediolanie. Na czołówkach znajdowała się informacja o wystrzeleniu radzieckiej satelity w kosmos. Pisano też, że podczas posiedzenia Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczeciniesekretarz Antoni Walaszek poinformował zebranych o wynikach wstępnej oceny dotychczasowych zadań produkcyjnych.stosunku do roku 1965 produkcja  miała wzrosnąć imponująco,  aż o 44,9 procent. Jedną z ważniejszych informacji, jak co roku, był komunikat o pojawieniu się w porcie cytrusów. Dziennikarze zachęcali też czytelników do zamówienia w księgarniach rarytasu czytelniczego pt. "Atlas ryb północnego Atlantyku".
Gazety niepokoiły się, że Sąd Najwyższy w Delhi przywrócił przywileje maharadżom. Chwaliły rozwój chałupnictwa i wykonanie przez "Pollenę" planu 5-letniego. Dziennikarze współczuli mieszkańcom paryskiej dzielnicy Marais: "Żyją tam, jak w średniowieczu (...) kamienice rozsypują się i nie można ich uratować".
Na łamach pojawiły się pierwsze przepisy na święta i artykuł o bogactwach Syberii. Specjalny komunikat zamieściła dyrekcja Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta. Apelowała do mieszkańców Szczecina, aby pospieszyli się ze świątecznymi porządkami. "W ten sposób będzie więcej czasu na odpoczynek, a dla brygad MPO to możliwość sprawnego i równomiernego wykonywania obowiązków. Efektem będzie brak śmieci wokół śmietników".
W TVP wyświetlano film o obrońcach Stalingradu i "Sagę rodu Forsythów".
O tragedii publicznie nie mówił nikt.
Ruszył tłum
W mieście pojawiły się plotki, że podwyższono pensje wojska i milicji.
Ze stoczni im. A. Warskiego, „Gryfii” i FAMABUDU, w kierunku centrum miasta, ruszył tłum. Wkrótce liczył ponad 20 tys. osób.
-  Szliśmy przez Malczewskiego, Dubois, do Sikorskiego. Tam stał kordon milicji, który bez ostrzeżenia zaczął strzelać gazem. To był szok - wspomina Szerkus. - Sądzę, że ludzie wyszli ze stoczni bez określonego celu. Nie było powiedziane: idziemy na komitet, czy gdzie indziej. Atak milicji spowodował, że rozpierzchli się, zaczęli uciekać i szukać jakiegoś wsparcia. Milicja rozgoniła ich też na Wałach Chrobrego. Budynku Komitetu Wojewódzkiego z początku nikt nie atakował. Potem ludzie zaczęli się dobijać, ktoś wyłamał drzwi.
KW obstawiało wojsko, żołnierze w transporterach opancerzonych zachowywali się biernie. Kilka godzin wcześniej, przy PZU, byli świadkami próby powstrzymania demonstrantów przez ZOMO i nie reagowali. Dla ludzi był to sygnał, że wojsko się nie wtrąca. Kiedy manifestanci atakowali KW, używali kilofów i oskardów będących na wyposażeniu skotów.
Gdy KW stanął w płomieniach, między budynkiem prasy, a domami po drugiej stronie placu, ustawiło się kilkudziesięciu zomowców. Gdy ruszył na nich tłum, wycofali się do Komendy Wojewódzkiej MO. Pociągnęli  ludzi za sobą. Wcześniej demonstranci przeszli obok komendy obojętnie.    
Ludzie zaczęli wyważać kilofami jedną z bram budynku.pobliskiego placu zabaw wzięli szalupę, którą próbowali wyważyć kolejne drzwi. Gdy w nich utknęła, nalali benzyny i podpalili. Demonstrantom udało się dostać do środka.
Wtedy padły strzały. Strzelano na wprost, z karabinu maszynowego, ustawionego na dziedzińcu, na samochodzie ciężarowym. Zginęły dwie, może trzy osoby. Potem karabin zaciął się, a demonstrantów wypchnięto na zewnątrz. Gdyby tak się nie stało, milicjanci nadal strzelaliby w obronie własnej.okien widzieli tłum sięgający do podzamcza, łuny ognia nad komitetem. Wewnątrz komendy było ciemno, nie było prądu. Byli głodni i liczyli się z najgorszym. Jeden z naczelników Służby Bezpieczeństwa przebrał się w cywilne ubranie i zamknął w areszcie licząc na to, że jak tłum zdobędzie gmach, to on jakoś ucieknie.
Kto strzelał?
Tłum został rozproszony dopiero, gdy przyjechały czołgi 12 Pomorskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza.
- Widziałem, jak przyjechał pierwszy skot, przyszli żołnierze - wspomina Szerkus. - Niby usiłowali zrobić kordon, ale to nie wychodziło. Pokazywali, że mają broń nie naładowaną. Stoczniowcy wchodzili na te skoty i krzyczeli “wojsko z nami”. Jednak, gdy tłum zaatakował komendę, padły strzały.  
Żołnierze mówili potem, że strzelali do góry, w bezpieczne miejsca. Niemniej właśnie przed komendą zginęło dwanaście, może trzynaście osób.  Strzelano też z rogu drugiego piętra budynku.środku była milicja i wojsko, które  zajęło już ponad trzydzieści gmachów publicznych. Żołnierze strzelali także pod więzieniem na ul. Kaszubskiej. Władza tłumaczyła później, że tłum chciał uwolnić kryminalistów, więc dla dobra wspólnego trzeba było strzelać.
Jan Szydlak, członek Biura Politycznego KC PZPR, który przyleciał do Szczecina 17 grudnia wieczorem, mówił: "Republika Szczecińska".  

Nazajutrz, decyzją Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie, od 18 do 6 rano została wprowadzona godzina milicyjna. WRN wydała odezwę do mieszkańców miasta, nazywając wypadki grudniowe zajściami "godnymi pożałowania".  "Nie dopuszczajcie do zajść! (...) Postawą swą manifestujcie przywiązanie do Polski Ludowej(...).

Wszystkie gazety cytowały przemówienie premiera Józefa Cyrankiewicza, który stwierdził, że wydarzenia stały się "żerowiskiem dla wrogów Polski". "Wskutek anarchii upadła Polska szlachecka, wskutek egoizmu klasowego i antyradzieckiego zaślepienia upadła Polska burżuazyjna" - przestrzegał premier. Zwrócił  się do mieszkańców miast, w których zginęli ludzie, Gdańska, Gdyni i Szczecina. "Niech pamiętają też oni o tym, ile krwi przelał żołnierz polski obok radzieckiego (...), abyście tam mogli żyć i pracować".

Samobójstwo, czy zabójstwo?
18 grudnia w okolicach stoczni im. Warskiego znowu padły strzały. Od przypadkowych kul zginęło dwóch przechodniów, w tym uczeń Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów, 14-letni Stefan Stawicki.
- To były pierwsze ofiary, o których się dowiedziałem - mówi Szerkus. - Pod stocznią stały czołgi. Gdy rano ludzie wyszli z zakładu, jeden z czołgów usiłował wyjechać. Ludzie zablokowali go szyną tramwajową, pod drugi podłożyli beczkę z ropą. Zaczęła się strzelanina. To, że władza strzela, to był szok.
W tym dniu powstał Ogólnomiejski Komitet Strajkowy, który zrzeszał około 120 szczecińskich zakładów pracy. Pierwszy raz w historii PRL, właśnie w Szczecinie, doszło do strajku generalnego. To komitet strajkowy decydował o tym, czy Zakłady Graficzne wydrukują "Kurier Szczeciński", czy tramwaje będą jeździć, czy wygasić wielkie piece w hucie. Komitet podjął negocjacje z władzami partyjno-rządowymi. Obok postulatów ekonomicznych pojawiło się żądanie wolnych związków zawodowych i prawa do strajku.
19 grudnia, w centrum Szczecina, znaleziono zwłoki żołnierza, Stanisława Nadratowskiego. Leżały przy ul. Kaszubskiej. Obok ciała znajdował się karabin nastawiony na ogień ciągły. Rodzina nigdy nie uwierzyła w nieszczęśliwy wypadek, czy samobójstwo, zawsze utrzymywała, że na chłopcu wykonano egzekucję za odmowę strzelania do robotników. Rodzice Nadratowskiego byli stoczniowcami, on przed pójściem do wojska też pracował w stoczni. Przysięgę wojskową złożył kilka dni przed tragedią, 13 grudnia.
W tym jednym przypadku wszczęto śledztwo, choć prokuratura powinna to zrobić we wszystkich przypadkach, w których zginęli ludzie, inaczej pomagała w zacieraniu śladów zbrodni. Na liście ofiar szczecińskiego Grudnia ‘70 nazwisko Nadratowskiego znalazło się, choć nagłówek informował, że to nazwiska zabitych 17 i 18 grudnia, a on zginął dzień później. Wykorzystała to propaganda, rozpowszechniając wersję, że ludzie zginęli po obu stronach. 5 stycznia 1971 Gierek, podczas pierwszej wizyty na Kreml, mówił o samobójstwie szczecińskiego żołnierza.
Mój syn zginie jutro
Po tragedii w Szczecinie pojawiły się pierwsze komentarze odredakcyjne. Gazety zamieściły zdjęcia rozbitych witryn sklepowych, ale nie opublikowały listy ofiar. Zrobią to dopiero miesiąc później.
Dziennikarze pisali: "Kiedy ojczyzna oczekuje pomocy, nie wolno zadawać jej ciosu". Grupę ludzi, którzy wyszli ze stoczni, nazwali "nieodpowiedzialną", bo "dała mętom, wichrzycielom i wrogom okazję do podpaleń, rabunków i gwałtów". Demonstranci nazwani zostali "prowokatorami", "oszustami", "rabusiami" i "elementami aspołecznymi", "którzy usiłują przekreślić zdobycze mieszkańców Szczecina z ostatnich 25 lat". Chwalono za to studentów i handlowców, którzy nie opuścili  swoich stanowisk pracy. Na pierwszej stronie swoją odezwę wydrukowała egezekutywa KW PZPR, zwracając się do członków partii o dawanie przykładu innym ludziom działaniem na rzecz pokoju.

Miasto wyglądało przygnębiająco.  Powybijane witryny sklepów, rozbity Pewex na placu Lotników, na Emilii Plater spalony  gazik milicyjny.
- Ludzie powiadali, co się z nimi działo - mówi Szerkus. -  Koleżanka mojej żony znalazła się w komendzie w czasie ataku na budynek. Przechodziła obok, idąc po dzieciaka do przedszkola. Akurat trafiła na moment, kiedy milicja została pogoniona spod KW. Oni w tym szale i strachu wciągnęli ją ze sobą do środka. Gdy zatrzasnęli drzwi, patrzą, a tu baba między nimi. Zobaczyła 20 automatów skierowanych w jej stronę. Nie mieli jak jej wypuścić. Przesiedziała na komendzie całe zamieszanie.
Po tragedii w Szczecinie na pierwszych stronach gazet swoją odezwę wydrukowała egzekutywa KW PZPR, zwracając się do członków partii o dawanie przykładu innym ludziom działaniem na rzecz pokoju.
Na pierwszych stronach w tym dniu znalazła się też informacja o deklaracji ONZ, dotyczącej umocnienia bezpieczeństwa międzynarodowego, oraz zdjęcie nowo zbudowanego mostu w Ruen. Inne informacje dotyczyły obniżki cen telewizorów o 13 procent. Pisano też, że z taśmy zjechały pierwsze jelcze. Wśród nielicznych ogłoszeń, jakie wtedy drukowały pisma, najwięcej miejsca zajmowała reklama "znakomitych wód i perfum radzieckich o 75 zapachach - już od 20 zł".
Szczecinianie czekali na jedno – na opublikowanie listy ofiar. Jednak stało się to dopiero miesiąc po tragedii. Przez ten czas nie informowano o ludziach, którzy zginęli. Ich pogrzeby  odbywały się w nocy, bez udziału duchownych - władze nie chciały, aby pochówek stał się okazją do manifestacji. Starano się, żeby groby grudniowe nie znajdowały się obok siebie.
Nie wszystkie ciała od razu zidentyfikowano, nie do wszystkich rodzin milicja szybko dotarła. Na tablicach nagrobnych nakazywano fałszowanie dat, nakazywano pisać, że śmierć danej osoby nastąpiła kilka dni później, niż naprawdę.
Aby osłabić nastroje, gazety informowały o ofiarach wśród milicjantów. 28 grudnia w Trójmieście, w wyniku odniesionych ran, zmarł jeden z nich. Innych ofiar "po tamtej stronie" nie było.
*
Po strajku grudniowym w Szczecinie wybuchł strajk w styczniu 1971, podczas którego władza ludowa po raz pierwszy przyjechała do robotników. Pojawiły się postulaty polityczne. Wiele osób zaangażowanych wówczas w protest pojawiło się na nowo w Sierpniu '80, jako twórcy wolnych związków zawodowych.
Agnieszka Kuchcińska-Kurcz