Ci ludzie niepotrzebnie zginęli

Z Eugeniuszem Szerkusem, członkiem komitetu strajkowego w stoczni im. Warskiego w Szczecinie w grudniu 1970 r., rozmawia Agnieszka Kuchcińska-Kurcz

“Głos Szczeciński” – Ile pan miał lat w 1970 r?

Eugeniusz Szerkus - Trzydzieści.

“Głos” - W co  pan wtedy wierzył?

E. Sz. - Dziś wielu ludzi mówi, że od samej kołyski walczyli o wolność i demokrację. Mnie od małego uczono w szkole o równości,  sprawiedliwości itd. Niestety życie z tym nie pokrywało się.

“GS” - Był pan w PZPR?

E. Sz. - Nie, nigdy. Po 1970 r. jak nam Gierek powiedział, że nas wszystkich chciałby widzieć w partii, próbowaliśmy z małżonką wstąpić, ale nie udało się. Stale mówili, że należy nam się jeszcze przyjrzeć, mimo, że na wydziale, na którym chciałem zapisaćsię do partii, pracowałem już chyba z 15-20 lat.

“GS” - Pamięta pan wcześniejsze przełomy?

E. Sz. -1968 r. niektórzy stoczniowcy szli bić studentów, bo “studenci warcholą” itd. itd. Wielu z tych kolegów, którzy szli bić, potem w 1970 r. włączyło się w wydarzenia, ale z naszej strony. Ja nie brałem udziału w tym, co się działo dwa lata przed Grudniem, bo polityka nie był moją domeną. To, że w 1970 r. zostałem członkiem komitetu strajkowego, to nie dlatego, że ja miałem jakieś szczytne ideały, tak los po prostu zrządził.

“GS” – Czy wiedzieliście o tym, co działo się od 12 grudnia 1970 w Gdańsku?

E. Sz. – Tak.naszej stoczni były budowane statki dla Meksyku. Któryś z nich był akurat w rejsie próbnym. Pod Gdańskiem była tzw. mila pomiarowa. Widzieli, że coś pali się, dymi, przez radiostację słyszeli jakieś rozkazy, milicję. Te wieści przywieźli do nas. Zresztą, że strajk będzie w Szczecinie, nie było tajemnicą dla nikogo. 17 grudniasekretarz Komitetu Wojewódzkiego był z samego rana w stoczni. Podwyżka cen mocno ludzi wzburzyła. Były różne zebrania, na nich padały krytyczne głosy.

“GS” - Kiedy ludzie ruszyli na KW?

E. Sz. - Kiedy dowiedziałem się, że ludzie wychodzą ze stoczni, poszedłem razem z nimi. Szliśmy przez Malczewskiego, Dubois, do Sikorskiego. Tam stał kordon milicji, który bez ostrzeżenia zaczął strzelać gazem. To był szok, przynajmniej dla mnie, który nigdy z tym się nie spotkał. Ktoś rzucił hasło, żeby do portu pójść, żeby portowców ściągnąć. Sądzę, że ludzie wyszli ze stoczni bez określonego celu. Nie było powiedziane: idziemy na komitet, czy gdzie indziej. Szli przez miasto żeby zamanifestować swoje niezadowolenie. Atak milicji spowodował, że rozpierzchli się, zaczęli uciekać i szukać jakiegoś wsparcia. Milicja rozgoniła ich też na Wałach Chrobrego. Wrócili do stoczni. Dobiła “remontówka”.razem ruszyliśmy pod komitet. Akcja rodzi reakcję. Zaczęły się szarpaniny.

“GS” – Nie czuliście lęku?

E. Sz. – Nie. Pod KW też  początku nikt nie atakował. Budynek był zamknięty, nikt nie wyszedł. Ludzie zaczęli się dobijać, ktoś drzwi wyłamał.komendy na Małopolskiej na ratunek KW ruszył oddział milicji. Od tego momentu zaczęło się rzucanie kamieniami. Niedaleko był remont, leżała cała sterta kostek brukowych. Milicja zaatakowała tłum, ludzie zaczęli się bronić. Komitet stanął w płomieniach. Patrzyłem, że się pali, ale nie powiem, żebym był zadowolony. Całe swoje życie byłem wychowany w ustroju socjalistycznym. Mój ojciec był mocno partyjny, nie miał mi kto wytłumaczyć, co jest złe. Faktycznie uważałem, że to jest najlepszy z ustrojów i że trzeba go jakoś naprawić. Ale nie w ten sposób, żeby palić.

“GS” – Co było dalej?

E. Sz. - Widziałem, jak przyjechał pierwszy skot, przyszli żołnierze. Niby usiłowali kordon zrobić, ale to nie wychodziło. Pokazywali, że mają broń nie naładowaną. Stoczniowcy na te skoty wchodzili i krzyczeli “wojsko z nami”. Potem był atak na komendę, padły strzały. Jak poszła w ruch broń ciężka, wróciłem do stoczni.

“GS” – Kiedy dowiedzieliście się, że są ofiary śmiertelne?

E. Sz. – Nie od razu. Natomiast pierwsze ofiary o których się dowiedziałem, były pod stocznią. Tam stały czołgi. Rano ludzie wyszli ze stoczni. Jeden z czołgów usiłował wyjechać. Ludzie zablokowali go szyną tramwajową, pod drugi podłożyli beczkę z ropą. Zaczęła się strzelanina. To, że władza strzela, to był szok.

“GS” – Na początku mówiono o 150 zamordowanych...

E. Sz. – Mówiono, bo były strzały, chowano zabitych po nocach, cichcem, bez udziału rodzin. Zawsze jasna sytuacja sprzyja prawdzie, a nie takie działanie, jakie było.

“GS” – Jak wyglądało miasto po wypadkach?

E. Sz. – Przede wszystkim były pielgrzymki pod KW, pod budynek związków zawodowych, komendę. Pewex na placu Lotników był porozbijany. Na Emilii Plater stał spalony  gazik milicyjny. Ludzie opowiadali, co się z nimi działo.  Koleżanka mojej żony znalazła się w komendzie w czasie ataku na budynek. Przechodziła obok, idąc po dzieciaka do przedszkola. Akurat trafiła na moment, kiedy milicja została pogoniona spod KW. Oni w tym szale i strachu wciągnęli ją ze sobą do środka. Jak zatrzasnęli drzwi, patrzą, a tu baba między nimi. Od razu zobaczyła 20 automatów skierowanych w jej stronę. Nie mieli jak jej wypuścić. Przesiedziała na komendzie całe zamieszanie.

“GS” – Robiliście potem zbiórkę, aby pomóc rodzinom ofiar?

E. Sz. – Kiedy rozwiązał się komitet strajkowy powstała komisja robotnicza. Ona nadzorowała różne sprawy. M. in. organizowanie pomocy. Ponad 600 osób było zatrzymanych, trzeba było ich powyciągać z więzienia. Trzeba byo też odwiedzać rannych w szpitalach.