-Kobylance miejscem, gdzie mógłby zmieścić się pochód pierwszomajowy i jakoś zakręcić była tylko droga dookoła kościoła – wspomina Paweł Bartnik, kurator. – Więc ludzie uformowali się w kolumny i i dylali wokół świątyni. Wyglądało jakby proboszcz pochód przyjmował.czasem czynniki partyjne doszły do wniosku, że trzeba to zmienić.
Byli sobie okrzykowznosy
Ostatni szczeciński wojewoda ancien regime’u Stanisław Malec upiera się, że o wiele lepiej mieli ci, którzy maszerowali w pochodach, czy byli ich organizatorami od tych, którzy godzinami musieli wystawać na trybunach. Maszerujący przeszli się trochę i już, organizator miał urwanie głowy, ale potem splendor i dozgonną wdzięczność władzy. Ci co stali, musieli za to wykazać się dobrą formą i sportowym duchem. Inaczej kto wytrzymałby kilka godzin z machającą ręką w górze?Szczecinie było tak – co starsi na trybunie siadali choć na trochę na krzesełkach, mniej wytrwali zmieniali się średnio co dwie godziny. Malec dzielnie wytrzymywał, nie na darmo trenował jazdę na rowerze, szczególnie ostro z nadejściem wiosny.
Zanim jako wojewoda stanął na wspomnianej trybunie, nosił zaszczytny tytuł głównego komendanta pochodów. To do niego należało zapewnienie bezpieczeństwa przemarszu, ustawienie służb, które mogły się przydać demonstrującym lub pozdrawiającym (Straż Pożarna, pogotowie, milicja). Jest dumny, że co roku zdawał egzamin ze zdolności dowodzenia – przeprowadzić przez miasto od 80 do 100 tys. osób to było coś. Wiara dostawała w nagrodę od państwa - za sprawność – samochody z parówkami i cytrusami, z których sprzedaż zaczynała się tylko jak ostatnia kolumna szczęśliwie minęła trybunę.
Tylko czasem tych na trybunie czekały niespodzianki.
“Halo, kolumna, przyspieszać, przyspieszać!”
- Dziennikarzom dostarczano scenariusz pochodów, kto za kim idzie i kto jest na przedzie zakładu pracy, więc potem musieli opisać to, co już ktoś inny dla nich napisał - wyjaśnia Władysław Daniszewski, dziennikarz, likwidator RSW Prasa. – Pochód relacjonowali dziennikarze radiowi, których głos rozlegał się przez megafony na kilka ulic. Czasem mieszały im się kartki i niekoniecznie poprawnie zapowiadali nadchodzących, ale cóż, pochód zresztą często się przeformowywał. Jak jakiś dostojnik z trybuny na widok np. nadciągającej Stoczni im. Warskiego krzyczał "niech żyje bohaterska klasa robotnicza", taki dziennikarz podchwytywał okrzyk, a za nim kilkudzesięcioosobowa grupa osób stojących przy trybunie, nazywana przez nas okrzykowznosami. Orkiestra grała marsze, tłem był hałas gawiedzi. Ktoś z maszerujących rzucał kwiatek na trybunę, dostojnik kwiatek łapał i odrzucał.wszyscy byli uśmiechnięci.
Defilada, piknik, odpust
-Fajne imprezy - przyznaje z nostalgią Dariusz Wieczorek, wiceprezydent Szczecina z ramienia SLD. – Kiełbaski, kolorowo, muzyka, najczęściej ładna pogoda. Po przejściu przed trybuną trzeba było tylko rzucić gdzieś drzewce szturmówki i można było biec na piwo. To taki piknik był, jaka tam polityka.
-W szkole przed 1 maja nie było tydzień lekcji, treningi, układy sportowe na boisku, super – cieszy się Bartnik. – A jak kiedyś dali nam ubrania jako drużynie piłkarskiej, to szliśmy w nich bardzo dumni.
Wiele osób tęskni za pochodami. Mówią, że tam zawsze można było spotkać znajomych i zobaczyć czyje dziecko ile urosło. Kupić niedostępne nigdzie wędliny. Pójść na piwo. Pójść na randkę, a w domu powiedzieć, że demonstracja się przeciągnęła. Potraktować spęd jak odpust, tyle że nie wiekuisty.
-dzień pochodów kroniki były króciutkie, najwięcej czasu zabierała relacja z demonstracji – opowiada Jarosław Dobrzyński, do niedawna dziennikarz telewizyjny, dziś rzecznik prezydenta Szczecina. – Kiedyś mija tydzień, o 1 maju wszyscy już zapomnieli, szykujemy się do puszczenia w paśmie ogólnopolskim naszych materaiałów publicystycznych. Na antenie pojawia się prezenter, uśmiecha się miło i mówi: na życzenie telewidzów powtarzamy relację z pochodu. Zatkało nas, że można taki bajer sprzedać.
Dzień szczupaka
Nie każdy chciał czczić 1 maja banalnie, jak wszyscy.
-W mojej rodzinie była ugruntowana tradycja święta pracy – przyznaje Maciej Jarmusz, dyrektor portu lotniczego Goleniów. – Co roku w tym dniu czyściłem jacht przed sezonem. Kiedyś na studiach kazali nam iść w pochodzie, ale z kumplami zwialiśmy. Jak się okazało potem – dobrze, bo w normalny pochód wmieszał się jakiś nielegalny. Milicja pognała wszystkich, którzy im na drodze stanęli aż na Bramę Portową i tam nasi dziekani przez pomyłkę łomot dostali.
-1 maja zaczynał się sezon szczupakowy – wylicza Marek Siedlewski, dyrektor szczecińskiego PZU. – Na rzeczce Krępie czasem złowiłem 5 kilową rybę.
Siedlewski szedł jednak w pochodzie, jeszcze w liceum. Jako największy chłop w szkole dostał do niesienia wielką i ciężką tarczę LO nr 1.powodu silnego wiatru rzucało nim na wszystkie strony. Ale doniósł.
Ogólnie “precz”
Pierwszy pochód w Szczecinie, który miał kontynuować prawdziwe stare robotnicze tradycje, czyli demonstrować co leży na sercu klasie robotnczej, nie poparcie dla władzy choćby mającej w nazwie "robotnicza", odbył się 1971. Po grudniowych strajkach i strzelaniu do ludzi oraz styczniowym "pomożecie? pomożemy!" część stoczniowców przyszła na majowy pochód w czarnych rękawiczkach, obwiązując chorągwie czarnymi szarfami.
-Wyciągnęli swoje żałobne utensylia tuż przed trybuną i zaczęli krzyczeć "precz" – zamyśla się Daniszewski. – Do tej pory klasa robotnicza krzyczała tylko "precz z imperializmem", a tu nagle zaczęła to słowo zestawiać zupełnie z innymi pojęciami. Władza była zdruzgotana. Zdradzała zainteresowanie linią odwrotu przewidywaną z trybuny w razie czegoś nieprzewidzianego. Jak robotnicy nas mijali, zaczęli rzucać pod naszym adresem brzydkie słowa, a nasza sekretarka, Bogu ducha winna, dostała nawet w łeb kamieniem. Nie kochali dziennikarzy, o nie.
Jarmusz tylko w sobie znany sposób zdołał wtedy tak dostroić aparaturę w domu, że mógł swobodnie podsłuchiwać pracującą pełną parą milicję.
-Melduj, co u ciebie – usłyszał fragment romowy.
-Stoję pod bramą, spokój.
Po pół godzinie znów: - melduj, co u ciebie.
- No dalej mówię, że spokój.
- A czy ty k... pod właściwą bramą stoisz? - zdenerwował się głos w eterze.dalszych dywagacji wynikało, że pytanemu pomyliły się rejony.
Gest Kozakiewicza
"Czarny marsz" nazwany tak przez Historię, doczekał się kontynuacji dopiero 12 lat później.
W 1983r. w jednym ze szczecińskich liceów uczniowie doznali przypływu odwagi i zdecydowali, że na pochód po prostu nie idą. Zgodnie z regułami ćwiczonymi od czasów "Solidarności" w auli odbył się wiec, na którym samorząd zaprezentował pogląd dlaczego tak trzeba i czekał, aż ogół demokratycznie temu przyklaśnie. Ogół przyklasnął i wtedy do auli wkroczył, na czele grona pedagogicznego, strapiony dyrektor. Kiedy szefowa samorządu butnie przedstawiła stanowisko młodzieży, wysłuchał jej w spokoju, po czym zwiesił nisko głowę. Wszyscy czekali ciekawi, co będzie dalej.
– Jak tak zrobicie, od jutra nie będę dyrektorem - zakomunikował smutno i w śmiertelnej ciszy, która nagle zapadła, wyszedł samotnie. Zawrzało. Kto teraz mógł pozwolić na zrobienie krzywdy takiemu dyrektorowi? Tylko potwory. Ale jak złamać swoje przekoania? Wyjście było salomonowe. Połowa szkoły - młodsza - miała paradować w legalnym pochodzie, pozostali w nielegalnym.
Tak też się stało. Piętnastolatki czekające na rozkaz wymarszu pod trybunę, nad kordonem ZOMO (które nagle przybiegło nie wiadomo skąd) zobaczyły przesuwającą się głowę przywódcy licealnego – Jurka. Jurek wsławił się tym, że nosił przypięte do koszuli wycięte ze "Sputnika" papierowe ordery ZSRR i wielką czerwoną gwiazdę, a z okazji trzech następujących krótko po sobie zgonów przywódców Związku Radzieckiego jeszcze żałobę na rękawie.
Wraz z Jurkiem w nielegalnej demonstracji mknął dzisiejszy szef szczecińskiej Unii Wolności Marek Koćmiel.
-Jak powiedziałem w domu, gdzie byłem, to teściowa prawie spadła z krzesła – mówi. – Ja wtedy nie pomyślałem, że pochód za którym biegnie ZOMO i skandowanie niepopularnych haseł w stronę trybuny, może być niebezpieczne. To był amok, wiele w tym było porywu serca – wzrusza się.
-Pochód nielegalny wyruszył spod stoczni, gdzie najpierw składaliśmy kwiaty – przypomina Bartnik. – Kolega, który uczył dzieci w pobliskiej szkole usłyszał nagle "o, nasz pan od matematyki!". Musiał się chować, inaczej dzieciaki pewnie przyłączyłyby się do pochodu, który przecież ZOMO wybiórczo, bo wybiórczo, polewało woda i tłukło.
-Na trybunie, pod którą podeszliśmy wmieszani w legalny pochód, byli różni ludzie, był dziadek, który bił brawo nie bardzo wiedząc komu, ale był też jeden facet w moim wieku. Zmierzyliśmy się wzrokiem – mówi Piotr Jania, prezes jednej ze spółek portowych. – Wyciągnąłem do góry rękę i pokazałem mu znak Victorii.odpowiedzi on wykonał gest Kozakiewicza.
Ten 1 maj trwał całe trzy dni, tyle zajęło uczestnikom nielegalnej demonstracji ganianie się z ZOMO-wcami po ulicach. Jedni zdobyli ul. Krzywoustego, drudzy ją odbili, jedni zdobyli Turzyn, drudzy odbili. Po drodze były jeszcze msze z okazji 3 Maja. Na koniec ZOMO zagazowało gazem łzawiącym i jeszcze jakimś świństwem część miasta, w tym osiedle Przyjaźni i centrum. Pamiętane najbardziej do dziś w Szczecinie robotnicze święto, zakończyły zbiorowe nocne wymioty.
Erich czuł się zawiedziony
-Kto teraz tak pięknie umie krzyczeć "niech żyje?" - pokpiwa Daniszewski. – Czym były pochody? Oszukiwaniem tych, którzy stoją na trybunie jak i tych, którzy biorą w nich udział. Lubiłem oglądać demonstracje pierwszomajowe na kanałach enerdowskich.tym roku, w którym poleciał Mur Berliński, jeszcze kilka miesięcy wcześniej szedł taki wielki pochód pierwszomajowy. Ówczesny przywódca NRD Erich Honecker stał na specjalnie przygotowanej niższej trybunie, żeby mógł ściskać podawane ręce i dzieci. Ludzie byli szczęśliwi, że mogą być blisko przywódcy, krzyczeli do niego, on do nich i szli i szli uśmiechnięci i szczęśliwi Niemcy. Puszczano setki balonów. A po kilku miesiącach co? Mur runął, a faceta z trybuny wsadzono do aresztu. Skończyła się tradycja robotniczych świąt. Najlepszą historię można popsuć – nadgorliwością.
Agnieszka Kuchcińska